Witam wszystkich, na czym to my skończyliśmy? A, tak już wiem. Rozpoczęły się już czasy dziennikarstwa. Celowo ominę ten czas kiedy już sie pisze, ale to dalej tylko czysta teoria bez pokrycia w praktyce. Ten etap na pewno nie jest najbardziej ekscytujący, aczkolwiek płynie z niego bardzo dużo doświadczenia, zdobywasz pierwsze szlify, pochwały i hejty, a przede wszystkim nabierasz pokory do tego fachu. Już zdajesz sobie sprawę, że bycie dziennikarzem motoryzacyjnym to nie tylko obcowanie z najdroższymi samochodami, ale też zwykła proza spalinowego życia, bo jednak większość ludzi traktuje auta, jako zwykłe rzeczy z funkcją przemieszczania z punktu A do B.

Przejdźmy jednak parę kroków dalej,  pierwsze klika (dziesiąt albo kilkaset) tekstów masz już za sobą, ale na koncie wciąż zero przetestowanych samochodów.  W głowie powoli tworzy się mix zniechęcenia z przyzwyczajeniem i akceptacją  swojego losu speca od motoryzacji, który w życiu jechał może trzydziestoma samochodami, a kierował piętnastoma.  Gdyby nie pasja wciąż płonąca w sercu zapewne rzuciłbyś wszystko w cholerę, bo zaczyna Ci to przypominać  staż w firmie copywriterskiej przyjmującej, co gorsza zlecenia tylko z jednej branży.

Peugeot 2008 fot. Piotr Majka  (38)sssssss

Jest leniwe letnie popołudnie w środku tygodnia. Za oknem rozgrzane, stojące w miejscu powietrze przecina szara masa „zwykłych” samochodów, które przy akompaniamencie bezpłciowego warkotu wydechów, klekoczących pompowtryskiwaczy i szumu wentylatorów chłodnicy przetaczają swoich pasażerów w tak wolnym tempie, że na piechotę byłoby zdecydowanie szybciej .A na rowerze zostałbyś już prawdziwym demonem prędkości. Jedynie od czasu do czasu, przetoczy się powoli jakieś Porsche w najbiedniejszej wersji (jeżeli można tak powiedzieć o Porsche, ale chyba nikt się nie obrazi), które swoim lekko gardłowym, metalicznym warczeniem na ułamek sekundy  wyostrzy Twoje zmysły i wywoła lekki uśmiech na twarzy. Swoją drogą, zauważyliście, jak bardzo dźwięk boksera w Subaru jest różny od tych montowanych w autach z  Zuffenhausen? Tak wiem, że to zupełnie inne silniki, zaprojektowane w zupełnie inny sposób i z inną liczbą cylindrów, ale to w dalszym ciągu są boksery, co nie? A ma się wrażenie, że są ze sobą spokrewnione mniej niż R4 w cinquecento i R6 w nowej beemce. Zostawmy jednak tą tajemnice dla porucznika Borewicza i wróćmy do upalnej rzeczywistości.

Przez żar lejący się z nieba i śmierdzące spaliny starych diesli zatankowanych olejem opałowym miasto ewidentnie oddycha z trudem, przenosząc tą przypadłość na jego mieszkańców. Siedzisz w jednym z wielkich betonowych molochów, a temperatura sprawia, że nawet nie myślisz o niczym konstruktywnym, poza tym, czy na pokrywie od studzienki kanalizacyjnej dałoby się usmażyć bekon. Czy coś się może zmienić? Czy cokolwiek jest w stanie wyrwać, Cię z najbardziej powszechnej choroby okresu wakacyjnego w wielkim mieście, czyli letargu z przegrzania? Chyba nie dziś.

Fiesta

Ale chwila, co to za dźwięk. Coś jakby sąsiad 5 pięter wyżej robił odwierty bez włączania udaru. Hmm, gdzieś ten dźwięk już słyszałem, to pewnie było w dawnych, dobrych, chłodnych czasach, myślisz o tym jakby ostatni przyjemnie chłodny wiosenny dzień miał miejsce jeszcze za życia mamutów, a tymczasem był to wtorek 3 tygodnie temu. Wreszcie przyszedł moment ocknięcia dziwny buczący dźwięk wydaje z siebie Twój telefon, a dlaczego taki dziwny? Bo na nim usiadłeś gamoniu. Zastanawiasz się, kto w ogóle w ten dzień jest w stanie czegokolwiek od Ciebie chcieć na tyle mocno, aby zadać sobie trud wykonania połączenia i prowadzenia rozmowy. Ekran wyświetla zaskakującą informację, że to ktoś z redakcji. Czyżby stało się coś ważnego w świecie petrolheadów, co wymaga natychmiastowej notki? Przetrząsasz w głowie, wszystkie informacje na ten temat z dzisiejszego dnia i nie znajdujesz nic wartego uwagi. Czyżby Saab, znowu zbankrutował, a może znowu próbują go przywrócić do życia? Sprawdźmy, o co chodzi. Wciąż niczego nieświadomy naciskasz zieloną słuchawkę.

Zobacz również:   Z pamiętnika testera #14: Koniec klasyków

To niebywałe jak krótka rozmowa może zmienić cały świat. Nieznośny upał, stał się przyjemnym ciepłem, a powietrze tak ciężkie, że można je było ciąć piłą typu twoja-moja (jeżeli ktokolwiek miałby siłę to zrobić w tym upale) nabrało cudownego zapachu rozgrzanego asfaltu. Mówi się, że na koniec z całego życia pamiętamy tylko parę momentów, za to ze wszystkimi szczegółami, dla niektórych są to narodziny dziecka, dla innych dzień wprowadzenia się do wymarzonego domu z ukochaną osobą, a dla Ciebie będzie to ta chwila. Na pewno się już domyślacie o co chodzi. Tak, tak w końcu po tej paśmie samochodowej posuchy, dostaniesz swoją pierwszą testówkę i to aż na 5 dni! Pięć dni, może się wydawać, że to mało, ale tak mogą jedynie twierdzić ludzie, którzy nie naczekali się tyle na ten moment co Ty. Uświadamiasz sobie, że cały ten czas pisania „na sucho”, miał za zadanie przetestować Twoje przekonanie, czy naprawdę chcesz się tym zajmować i sprawić, że docenisz szansę jaką właśnie dostajesz od losu.

MotorShow2015fotPiotrMajka (2)

Myślisz, że dostaniesz do testu rzeczone już dziś Porsche, albo może chociaż trójkę z Bawarii? Nic bardziej mylnego, swój pierwszy raz przeżyjesz z Chevroletem Cruze (tak było w moim wypadku, ale zamiast tego olśniewającego wytworu azjatyckiej myśli technicznej możecie wstawić dowolny nudny samochód dla przeciętnego zjadacza chleba). Do tej pory, gdyby ktoś powiedział Ci, że będziesz cieszył się jak dziecko z możliwości jeżdżenia czymś, co w Korei jest nazywane Deawoo Lacetti Premium, zasugerowałbyś mu udanie się na krótkie wczasy w podwarszawskich Tworkach (dla niewtajemniczonych, znajduje się tam owiany kiepską sławą szpital psychiatryczny). Okazuje się, że samochód tak naprawdę nie jest aż tak ważny, o wiele ważniejsze jest to, że w końcu dotrwałeś do tej chwili i teraz będziesz mógł sprawdzić go według własnych kryteriów, tak jak Ty uważasz to za stosowne i jak tylko kreatywność oraz warunki ubezpieczenia Ci na to pozwolą.

W końcu , dojeżdżasz w umówione miejsce, spoconą dłonią odbierasz kluczyki, z tremą jakbyś zaraz miał prowadzić jedyny egzemplarz Bugatti Chiron. Czym prędzej kończysz uprzejmą gadkę z osobą wydającą Ci samochód, wsiadasz, zamykasz drzwi, przekręcasz kluczyk w stacyjce i liczysz się już tylko ty i testówka, od całej rzeczywistości za szybą jesteś odseparowany lepiej niż w Rolls Royce’ie. Po chwili łapiesz się na tym, że to coś zupełnie innego niż dotychczasowe prowadzenia auta. Każdej opcji, wszystkim elementom wnętrza i nadwozia poświęcasz chwilę. Delektujesz się każdym detalem (chociaż wcale nie ma ich tak wiele), a jadąc nasłuchujesz każdego odgłosu zawieszenia, odczuwasz samochód całym ciałem i czujesz się jakbyś był ekspertem i przeprowadzał bardzo ważne badanie, chociaż tak naprawdę jeszcze na niczym się nie znasz, a jedynie wydaje Ci się, że jest odwrotnie. Ale spokojnie to przyjdzie z upływem mijanych słupków informacyjnych . Bycie testerem ma to do siebie, że cały czas wiesz o samochodach coraz więcej, a i tak prawie każdy z nich może Cię czymś zaskoczyć i każdy jest na swój sposób nowy. To nieistotne, czy jedziesz 10tym czy 110tym samochodem, każdy z nich będzie Ci dostarczał  przynajmniej odrobinę tych emocji, które czułeś przy tym pierwszym i to chyba oddziałuje na ośrodek nagrody w mózgu jak mocny narkotyk, bo uzależnia na zawsze i testerem tak jak alkoholikiem zostaje się na całe życie.

Prawdziwe życie testera zaczyna się w tym momencie, a więcej będziecie mogli się o nim dowiedzieć z kolejnego odcinka „Z pamiętnika testera” już za tydzień, do zobaczenia!

Dodaj komentarz