Nie samym chlebem człowiek żyje. A w tym wypadku pasuje raczej nie samym prowadzeniem.

Wielu z Was pomyślało pewnie, co ten człowiek wygaduje za herezje, przecież nie po to zostaje się dziennikarzem motoryzacyjnym, żeby później jeździć na prawym, czy o zgrozo(!) na tylnym fotelu. Oczywiście macie racje, faktycznie nie po to, ale tak jak nawet wołowina Kobe jedzona codziennie po pewnym czasie brzydnie, tak samo ciągłe prowadzenie samochodu. Chociaż w tym drugim przypadku proces „obrzydnięcia” przebiega o wiele wolniej. Do tego dochodzi kwestia prowadzenia co tydzień nowego samochodu, więc siłą rzeczy to miejsce kierowcy z reguły wygrywa w tej nierównej walce.

Po pewnym czasie łapiesz się jednak na tym, że już nie pamiętasz jak to jest jechać samochodem i go nie prowadzić. Sam utknąłem w tej pułapce na dobre dwa lata i wierzcie lub nie, ale w ciągu tego czasu, ani razu nie jechałem samochodem nie prowadząc go. Przez dłuższy czas w ogóle tego nie zauważałem, ale w pewnym momencie zaczęło mi to przeszkadzać. Sam nie wiedziałem o co mi tak właściwie chodzi, czemu coraz mniej chce mi się wyjść na zwykłą przejażdżkę, czemu jeżdżę coraz bardziej jak typowy kierowca Peugota (bez urazy), który idealnie dopasowuje się do tempa tłumu i ciągnie się w połowie stawki aut przemieszczających się od świateł do świateł. Myślałem, że to może jakiś syndrom wypalenia zawodowego, albo swoistej motoryzacyjnej menopauzy, po przebyciu której wyrośnie mi brzuch wielkości opony od STARa i zacznę się niezdrowo podniecać na widok Volskwagena Passata. Długo głowiłem się nad przyczyną mojego stanu i kiedy doszedłem już do ostatecznej fali rezygnacji, nastąpiło olśnienie. Swoją drogą to ciekawy schemat życiowy, znany chyba każdemu kto ma więcej niż 15 lat. Z uporem maniaka powielamy te same zachowania, te same czynności, dziwimy się, że nie przynoszą one innych owoców, ale chwila jak można robić wciąż to samo, a oczekiwać różnych rezultatów? To tak jakbyś ciągle wsiadał do Poloneza i dziwił się, że tym razem nie przyspiesza jak Aventador. W końcu jednak dochodzimy do ściany i dzieje się coś co zmienia naszą perspektywę, sprawia że nagle otwierają nam się oczy i dostrzegamy rozwiązanie, które wydaje się dziecinnie proste i widoczne niczym wielki kleks czarnego tuszu na śnieżnobiałej kartce.

nowy-superb_main (1)

W moim wypadku olśnienie, przyszło pod niepozorną postacią Skody Superb drugiej generacji. Zawsze uważałem, że to całkiem fajny ale trochę niedoceniany samochód. Sprawia wrażenie takiego mniej kochanego dziecka. Gdyby grupa VAG była rodziną, to Superb byłby niby zwyczajnym, a jednak zwracającym na siebie uwagę dzieckiem, pilnym uczniem z całkiem dobrymi ocenami, niezłymi wynikami w sporcie, i mimo, że na tle swoich rówieśników ewidentnie się wyróżniającym to, przez rodziców (szefów VAG) jest traktowany po macoszemu i przez to jest kompletnie pozbawiony pewności siebie, mimo że w 100% ma do niej prawo. Na pewno mieliście okazję spotkać takie dziecko w swojej szkole. Kiedy pytamy mamę i tatę o ich pociechę oni mówią, a to nic takiego to tylko zwyczajne dziecko, ale popatrzcie na naszego strasznego syna (w tym wypadku A6), on to prawdziwa gwiazda i nasze oczko w głowie. Z grzeczności przytakujesz, ale w duchu mówisz sobie, co do kury? Przecież ten dzieciak jest tak samo dobry, a może nawet lepszy, a Ci wyrodni rodzice, traktują go jak niechciane dziecko zrodzone z romansu matki z listonoszem, albo innym sąsiadem. Zupełnie niezrozumiałe podejście. Każdy kto jeździł Superbem, dowolnej generacji, powie Wam, że to bardzo przyjemny samochód, któremu niczego nie brakuje, jest komfortowy, sprawnie przyspiesza, dla pasażerów tylnej kanapy ma ilość miejsca wielkości połowy Syberii, a do tego jest relatywnie tani.

Zobacz również:   Z pamiętnika testera #12: Dobre granie.

Zawsze mnie dziwiło to podejście grupy VAG do swojego udanego skądinąd dziecka. Przy okazji premiery III generacji, zauważyłem zmianę, widać poszli po rozum do głowy, a wystarczyło tylko zapytać mnie o zdanie parę lat temu. Ehh, chyba nigdy się nie nauczą.

audi-a6-avant-75de764129cb4c5553,0,920,0,0

Odbiegliśmy jednak nieco od tematu przewodniego, czyli podróży na miejscu pasażera. Tak jak mówiłem byłem już mocno znużony prowadzeniem samochodów, a jeszcze bardziej myśleniem o tym znużeniu. W końcu, pewnego pięknego dnia siedząc za kierownicą Superba, jechałem z kolegą, który akurat w tamtym czasie rozważał zakup tego auta, lub też paroletniej A6 (która de facto jest połączona z dużą Skodą o wiele bardziej niż moglibyście podejrzewać). Jechaliśmy przez Warszawę, z radia leciał jakiś smętny przebój, który coraz silniej wywoływał u mnie odruch wymiotny, mechanicznie deptałem po pedałach, zielone gaz, czerwone hamulec, niczym szympans w zoo, który wie, że jeżeli ponaciska odpowiednie przyciski dostanie banana. W końcu padło to pytanie, na które podświadomie czekałem. „Ej, a może dasz mi się kawałek przejechać?” Normalnie bym, odmówił bo w końcu dziennikarzowi nie wolno „użyczać auta testowego osobie trzeciej”, ale stwierdziłem, że wolę dać się zamknąć choćby w Azkabanie za to srogie przestępstwo, niż prowadzić choćby o jedno skrzyżowanie dłużej. Usiadłem więc na tylnej kanapie tego auta produkcji czesko-niemieckiej (prawie jak opis serialu o pewnym Indianinie, co?), otworzyłem zimne piwo, popatrzyłem w bok na przesuwające się tło i chyba doświadczyłem dotknięcia palcem Bożym. Od razu uderzyła mnie mnogość i różnorodność elementów życiowej scenografii za oknem. Samochody, stare, nowe, brzydkie i brudne, czyste i piękne, kierowcy skupieni na drodze i ich pasażerowie z utkwionym gdzieś nieobecnym wzrokiem. Tysiące budynków, z których każdy inny (no może poza blokami na Ursynowie, gdzie każdy jest taki sam), szkoły, szpitale, domy jednorodzinne, centra handlowe i czego tylko dusza zapragnie. Ludzie na chodnikach, chudzi, grubi, mężczyźni i kobiety, starzy i młodzi, niby zwyczajni, a nagle każdy z nich wydaje się przedstawiać swoją zagmatwaną historię. Oraz w końcu, absolutne zwieńczenie tego wszystkiego, czyli krajobrazy i nie istotne czy to dolina Wisły widziana z jedno z warszawskich mostów, czy bezkresne pola pod Garwolinem. Każdy z nich jest unikalny, jedyny w swoim rodzaju i na swój sposób piękny.

Teraz powiecie, no dobra stary, ja tam jeżdżę codziennie spore trasy, i rozglądam się na boki, ale to wcale nie jest takie zachwycające. Ok, ale jadąc za kierownicą, 90% swojej uwagi skupiasz na nitce asfaltu przed sobą, a resztę niby widzisz, ale nie zauważasz i to właśnie odróżnia pozycję kierowcy od pasażera. Dostrzeganie zupełnie innych szczegółów i innych elementów otaczającego nas świata, pozwala nam cieszyć się z podróżowania na zupełnie inny sposób niż prowadzenie, nawet najbardziej ekscytującego samochodu.

Praca testera po raz kolejny, bawi i uczy. Bawi odkryciem świata, schowanego za niewidzialną ścianą zaledwie kilkanaście metrów od drogi, a uczy, że zmiana perspektywy potrafi czasem zdziałać prawdziwe cuda. I tego właśnie Wam życzę, nie bójcie się zmieniać punktu siedzenia, bo jak wiadomo od niego zależy punkt widzenia. Cześć!

Dodaj komentarz