Motoryzacja rodem z USA nigdy nie miała lekko w Europie. Nasz specyficzny rynek nie przepadał za silnikami o ogromnych pojemnościach, a i jakość amerykańskich aut też często pozostawia wiele do życzenia. Co nie znaczy, że nie było modeli, które się u nas nie przyjęły. Przykładem może być chociażby Chrysler Voyager z początku obecnego millenium, który miał na naszym rynku swoje grono entuzjastów. Ford także próbował swoich sił w Europie, w tym również w Polsce. W roku 1997 zadebiutowała trzecia generacja Explorera, która cierpiała jednak tutaj na brak zainteresowania i po trzech latach od premiery zniknęła z oferty europejskiego oddziału Forda. Obecnie jednak czuć zmianę i po rewelacyjnym wyniku Mustanga, Ford postanowił ponownie zaoferować sporego SUVa szóstej generacji również u nas…

I to nie w byle jaki sposób. Za oceanem Explorera można zamówić w dwóch wariantach. Z turbodoładowaną rzędową czwórką o pojemności 2,3 litra oraz turbodoładowaną widlastą szóstką o pojemności 3 litrów. Największym zaskoczeniem okazała się oferta europejska. Znając nasze realia spodziewać by się można mniejszej jednostki, ale zaoferowano tu mocniejszą wersję czyli V6, a by udać namiastkę ekologii zastosowano układ hybrydowy typu plug-in. Mamy tu turbodoładowaną jednostkę generującą 400 KM, oraz silnik elektryczny o mocy 102 KM. Ten zestaw okazał się świetnym wyborem. Łączna moc maksymalna wynosi bowiem 457 KM, a maksymalny moment obrotowy? Zawrotne 825 Nm. Nawet przy takim kolosie, ważącym 2,5 tony mocy jest na tyle dużo, by zawstydzić na światłach kierowcę niejednego sportowego auta. Pierwsza “setka” powinna pojawić się zaledwie po 6 sekundach, a w rzeczywistości radzi sobie jeszcze lepiej.

To nie osiągi jednak zrobiły na mnie ogromne wrażenie, a to jak niskie zużycie paliwa potrafił osiągnąć ten kolos. Zacznijmy jednak od tego, że po naładowaniu akumulatora do pełna w 3,5 godziny, Ford deklaruje możliwość jazdy na samym silniku elektrycznym przez 42 kilometry według normy WLTP. Podczas testu bez większego wysiłku udawało się osiągnąć zasięg około 38 kilometrów tylko na prądzie. W trybie mieszanym średnie zużycie paliwa wyniosło 8,4 litra, a po rozładowaniu akumulatora do zera średnie zużycie to około 12,6 litra na 100 km. Przypomnę jeszcze raz, to 2,5 tonowy, benzynowy SUV o mocy 457 KM. Jestem w szoku, gdyż w modelach o podobnej mocy bez napędu hybrydowego ciężko byłoby zejść poniżej 15 litrów.

Amerykańskość Explorera czuć również trakcie jazdy. SUV jest ogromny, siedzi się wysoko, a mimo, że w amerykańskiej gamie Forda nie jest to największy model tej kategorii, tak u nas nas” pod względem gabarytów można go porównać do chociażby Audi Q7, czyli to nie przelewki. Zawieszenie jest miękkie i bardzo komfortowe, a jednocześnie układ kierowniczy i precyzja prowadzenia nadal charakterystyczna dla Forda. Dodatkową dawkę komfortu daje duży rozstaw osi czy wysokoprofilowe opony i to pomimo 20 calowych felg. Jazda po nierównościach może nie jest przyjemnością, ale nie jest irytująca. Napęd jest przenoszony przez 10 biegową skrzynię automatyczną, znaną chociażby z Forda Mustanga, a za jego obsługę odpowiada już nie tradycyjna dźwignia biegów, a obrotowe pokrętło wyboru trybu jazdy. Samochód świetnie dobiera biegi, jednak miewa tendencję do szarpania podczas ruszania. Do wyboru mamy 7 trybów jazdy: Normalny, Eco, Sport, Holowanie, Droga nieutwardzona, Śliska nawierzchnia, Śnieg/Piasek. Trzy ostatnie tryby dotyczą jazdy w terenie, a dzięki całkiem dobremu napędowi na 4 koła i wysokiemu prześwitowi, Explorer całkiem nieźle poradzi sobie w trochę większym terenie jak błoto i grząskie podłoże i poradzi sobie zdecydowanie lepiej niż większość SUVów.

Explorer jest masywnym autem, to kolos. Podkreśla to dodatkowo jego kanciasta, prosta bryła. Przepis na design Explorera jest banalny. Samochód ma być duży, a przedni Grill musi mieć dużo chromu, tak jak w prawdziwym amerykańskim wozie przystało. Jest to z jednej strony jego zaleta, ale również i wada. Przyzwyczailiśmy się przede wszystkim do agresywnych linii, które przodują w drogich autach klasy Premium prosto z naszej zachodniej granicy, pełnych charakterystycznych detali i pseudo atrap wlotów powietrza. Tu bryła jest prosta, może nawet zbyt prosta.

To samo dotyczy wnętrza. Na pierwszy rzut oka jest świetnie. Dostajemy tu ogromne, mięsiste fotele, wielką przestrzeń niczym z dużego VANa i dwa spore tablety jeden za kierownicą, drugi na konsoli środkowej. Jednak z drugiej strony, Explorer to samochód z USA, czyli nie ustrzegł się ogromu plastików i charakterystycznego kształtu deski rozdzielczej, który nie krzyczy, z wołaniem o podziw niczym dzieło sztuki. Jest prosto, intuicyjnie, ale porządnie. Nie zabrakło srebrnych akcentów i imitacji drewna, co w stosunku do ceny nie sprawia najlepszego wrażenia. 10 calowy tablet umieszczony pionowo na konsoli środkowej też nie jest czymś nadzwyczajnym. Nie wiem skąd wzięła się ta moda na przyklejanie ekranu w taki sposób, że na pierwszy rzut oka wydaje się jakby on tu nie pasował. Ale OK. System obsługujący ten spory ekran to znany z innych modeli Ford Sync3 i widać, że nie jest przystosowany do tak dużych ekranów, a tym bardziej do orientacji pionowej. Momentami mamy dużo niewykorzystanej przestrzeni, jak np. podczas cofania, gdzie wyświetla się mały obraz z kamery, a pod nim jest po prostu pusta przestrzeń. Na plus oczywiście zasługuje szybkość działania i intuicyjność systemu.

Zobacz również:   [TEST] ŠKODA Fabia 1,2 TSI Style

Wnętrze jest na tyle duże, że bez problemu pomieści 7 osób i robi to na tyle dobrze, jak w przypadku większego minivana pokroju Forda Galaxy. Miejsca jest dość sporo nawet w trzecim rzędzie i to zarówno na nogi jak i głowę Drugi rząd natomiast ma trzy indywidualnie przesuwane wzdłuż siedziska, co dodatkowo pozwala na regulację przestrzeni na nogi. Explorer ze względu na swoje rozmiary jest też ogromny w poprzek, dzięki czemu w drugim rzędzie spokojnie pomieści 3 dorosłe osoby, a w pierwszym rzędzie znajduje się ogromny podłokietnik i masywne, bardzo wygodne skórzane fotele.

Ford Explorer jest kontrowersyjny również pod względem ceny. Jego cena zaczyna się od 384 500 zł. Na tej cenie praktycznie także się kończy, ponieważ lista opcji kończy się na wyborze wersji ST-Line lub Platinium oraz koloru lakieru. Cała reszta jest w standardzie. Czyli na start dostajemy ogromny silnik o rewelacyjnych osiągach, bardzo bogate wyposażenie, pełno systemów uwzględniając aktywny tempomat, podgrzewane i wentylowane siedzenia, trzystrefową klimatyzację oraz trzy rzędy siedzeń. Auto Premium o takich osiągach i z podobnym wyposażeniem będzie o wiele droższe, a tu na dodatek mamy bardzo oszczędny zespół napędowy i całkiem dobre właściwości terenowe. Z drugiej strony Ford musiał gdzieś zrobić cięcia, więc cierpi jakość niektórych elementów, ale również sam prestiż. Tak jak w przypadku Mustanga, Ford chce konkurować świetnym stosunkiem ceny do oczekiwanych emocji. Tylko, że w porównaniu do Mustanga, w Europie ciężko jest wzbudzić sentyment do tego auta u większej publiczności i obawiam się, że jeśli ktoś będzie miał do wydania blisko 400 tysięcy, to zapewne będzie chciał dodać kolejne złotówki na coś niemieckiego. A szkoda, bo Explorer to naprawdę interesujący wóz.

Leave a Reply