Pewnie niewielu z Was o tym wie, ale marka Ssangyong to najstarszy koreański producent samochodów, chociaż pod obecnym szyldem egzystuje dopiero od lat 80 tych XX wieku. Nazwa oznacza, bliźniacze smoki, a logo producenta przedstawia nie wiadomo co, przynajmniej ja nie wiem, ale najbardziej przypomina mi to głowę jakiegoś magicznego jelenia prosto z mangi. Mimo swojej już dość długiej historii, dla mieszkańców Polski firma wciąż kojarzy się egzotycznie i szczerze mówiąc świadomość marki jest dość nikła. W zasadzie można wyróżnić dwa obozy, jeden o nazwie: „Nie mam pojęcia co to ten SAJGONG”, a drugi „To ta marka co robi paskudne auta?”. Szczególnie ten drugi  prezentuje postawę bardzo krzywdzącą, zwłaszcza w kontekście tego co aktualnie oferuje klientom koreańska marka. Jakie jest ich nowe Korando? Czy ma szansę zmienić obraz marki w oczach europejczyków? Zobaczmy co z tego wyjdzie.

Ssangyong Korando fot. Marta Witkowska

Naszło mnie pewne przemyślenie odnośnie niskiej świadomości marki w polskim społeczeństwie, otóż stwierdzam, że to w zasadzie całkiem dobrze. Dlaczego? Bo nie oszukujmy się, ale jeszcze parę lat temu auta spod znaku głowy jelenia były tak nienaturalnie obrzydliwe, że aż dziw bierze, że ktoś w centrali firmy zatwierdził te projekty. Właściwie to były tak straszne, że przeraziłyby nawet projektantów Multipli. Całe szczęście te tragiczne czasy mamy już za sobą, a koreańska marka zaczyna coraz lepiej chwytać gusta Europejczyków i Amerykanów. Widać to nawet po samej ewolucji modelu Korando, którego pierwsza odsłona ujrzała światło dzienne w roku 1983 i była niczym innym jak Jeepem CJ-7 w nieco innej, bardziej siermiężnej skórze. Następna generacja oparta była na podzespołach Mercedesa i wyglądała jak zlepek przypadkowych części znalezionych w magazynie po przejściu powodzi i huraganu. Jednak w tym wypadku były to złe, dobrego początki.

Ssangyong Korando fot. Marta Witkowska

Obecny model to już pełnoprawny samochód, który nie udaje niczego i mimo, że nie zachwyca wyszukaną formą, ani agresywną stylistyką to z pewnością nie jest już szkaradny. Korando jest średniej wielkości SUVem o spójnej zwartej sylwetce, duże powierzchnie blachy i wysoko zarysowana linia okien sprawiają wrażenie solidności i nawet lekko zalatują prestiżem. Od razu widać, że to nie kupa przyspawanych do siebie bez pomysłu elementów, a auto zaprojektowane od A do Z zgodnie z nakreślonym wcześniej planem. Oczywiście nie spodziewajcie się tutaj żadnych stylistycznych smaczków, ani przykuwających wzrok detali, które tak upodobały sobie modne panie podjeżdżające swoimi drogimi bulwarówkami pod kluby fitness.

Ssangyong Korando fot. Marta Witkowska

Korando nie jest zaprojektowany z myślą o ludziach potrzebujących krzykliwego auta jako przedłużenia swojego ego. To nie jest samochód na pokaz, nie jest gadżetem, który błagalnie krzyczy „spójrz na mojego właściciela, bo bez cudzej uwagi on jest nikim”. To po prostu kawał solidnej maszyny, która ma wykonywać swoje zadanie, a przy tym nie sprawiać swoim wyglądem, że psy będą chować się do budy, a małe dzieci zaczną się moczyć. Z tego zadania Ssangyong wywiązuje się bardzo dobrze, a sądzę że na odważniejszy design przyjdzie czas wraz z nowym modelem, który ma nadjechać już niebawem. Co mi się podoba z zewnątrz w nowym Korando? Jego spójność, stonowana stylistyka i to, że nie mamy wrażenia obcowania z autem przestarzałym, mimo siedmiu lat obecności na rynku. Co mi przeszkadza? Za dużo obłych kształtów, i tylne światła, które wyglądają jak plama roztopionego plastiku, brak im wyrazu. Mimo wszystko całokształt jest na duży plus, szczególnie kiedy popatrzymy na poprzedników spod znaku głowy jelenia, czy tam łosia.

Ssangyong Korando fot. Marta Witkowska

Kiedy otworzymy drzwi i wejdziemy do środka od razu zauważymy kontynuację filozofii spokojnej stylistyki bez zbędnych fajerwerków. Do dyspozycji mamy sporo miejsca i to dla wszystkich pasażerów, przy moim wzroście 185 centymetrów mogłem komfortowo siedzieć na tylnej kanapie za przednim fotelem ustawionym pod siebie i nie dotykałem kolanami do oparcia siedzenia. Jeżeli chodzi o tył to na uwagę zasługuje fakt całkowicie płaskiej podłogi bez rujnującego komfort przetłoczenia na tunel środkowy. Moja testówka była co prawda wyposażona jedynie w przedni napęd ale wydaje mi się, że w modelu AWD również ten problem nie powinien występować (bo chyba nie zmieniają płyty podłogowej w zależności od wersji napędu co?)

Ssangyong Korando fot. Marta Witkowska

Co do samych foteli i kanap, mają one odpowiednią twardość, wystarczającą długość siedzisk i podróżuje się na nich dość komfortowo. Przednie fotele mogłyby co prawda zapewniać lepsze trzymanie boczne, ale umówmy się Korando to nie jest auto do rajdowego połykania zakrętów, a raczej dostojnego przemieszczania się po nie zawsze utwardzonych drogach. Przyszłym klientom nie powinno się to więc dawać we znaki. Do dyspozycji mamy sporo całkiem pojemnych schowków, pokaźne kieszenie w drzwiach i bagażnik o pojemości 486 litrów, który opcjonalnie możemy powiększyć aż do 1312 l.

Ssangyong Korando fot. Marta Witkowska

Jeżeli chodzi o wykończenie wnętrza, to mam nieco mieszane uczucia. Z jedno strony wszystko czego dotykamy jest raczej miękkie i nawet sztuczne drewno wygląda bardzo przyzwoicie, niestety w zestawieniu z europejskimi konkurentami nieco przytłaczają duże połacie czarnego plastiku, które nadają wrażenie taniości. Mimo wszystko nie mogę powiedzieć, że w Korando czułem się jak w aucie rodem z PRLu. Spasowanie elementów jest na bardzo dobrym poziomie, nic nie skrzypi, nic nie puka, a także bardzo szybko przyzwyczajmy się do wnętrza i czujemy w nim komfortowo. Czyli prostota jest nieco zbyt duża, ale kwestie designu są mimo wszystko łatwiejsze do rozwiązania niż takie elementy jak ergonomia, jakość spasowania itp. A jak już mówimy o ergonomii to warto wspomnieć, że ta w Ssangyongu stoi na bardzo wysokim poziomie. Obsługa auta jest bardzo intuicyjna i nawet jeśli wsiadamy do Korando po raz pierwszy to już wiemy co gdzie jest i do czego służy.

Ssangyong Korando fot. Marta Witkowska

Wpływ ma na to oczywiście fakt, że koreański SUV nie jest przeładowany nowinkami technologicznymi, a jedynie wyposażony w takie funkcje które rzeczywiście są istotne i przydatne na co dzień, a nie raz na rok jak kierowcy się o nich akurat przypomni.  Jeżeli chodzi o sam system multimedialny znajdujący się na pokładzie Korando to poza dwiema małymi sprawami nie ma się naprawdę do czego przyczepić. Pierwsza z bolączek to brak nawigacji, co dziwi tym bardziej, że w środku zainstalowano duży dotykowy ekranu.  Druga sprawa to pewien kuriozalny detal, którego nie jestem wstanie wyjaśnić. Mianowicie chodzi o zegar, który pokazuje kompletnie randomowe liczby i nie ma możliwości aby go ustawić. Za każdym razem po odpaleniu auta pokazuje inną, przypadkowo wybraną godzinę. Jaki jest haczyk w tym wszystkim nie mam pojęcia, ale chętnie dowiedziałbym się coś więcej o historii jaka za nim stoi.

Zobacz również:   [TEST] Peugeot 308 SW 1.2 PureTech 130– francuz z niemieckimi genami.
Ssangyong Korando fot. Marta Witkowska

Wiemy już, że SUV od Ssangyonga broni się wizualnie, oraz funkcjonalnie jeśli chodzi o wnętrze, a jak jest z jazdą? Szczerze mówiąc niewiele gorzej, aczkolwiek rewelacji nie ma. Pod względem technicznym chyba najbardziej widać upływający czas, który nieco już nadgryzł konstrukcję Korando. Pod maską mamy do wyboru obecnie 2 silniki. Jednym z nich jest diesel o pojemności 2.2 litra i mocy 178KM, który przynajmniej na papierze sprawia wrażenie bardziej nowoczesnego niż silnik benzynowy. W naszej testówce znalazła się jednak dwulitrowa benzyna o mocy 149 KM, połączona z 6-cio biegową skrzynią automatyczną. Tandem radzi sobie dość dobrze z niemałym SUVem, zachowując przy tym całkiem przyzwoity apetyt na paliwo.

Ssangyong Korando fot. Marta Witkowska

W ciągu całego testu spalanie oscylowało w okolicach 10 litrów, co biorąc pod uwagę warunki, czyli sporo jazdy po mieście i w korkach, a także moją niezbyt lekką stopę jest więcej niż zadowalającym wynikiem. Co prawda przyspieszanie nie jest żywiołem Korando, natomiast taki zestaw jest zupełnie wystarczający jak na potrzeby tego auta oraz jego potencjalnych klientów. Więcej zarzutów można mieć do automatycznej skrzyni, która na tle konkurencji wypada blado, reaguje z wyczuwalnym opóźnieniem i czasem zdarza jej się pogubić ze zmianą przełożeń. Do tego dochodzi najbardziej kretyński sposób zmiany biegów w trybie manualnym, czyli takim małym przełącznikiem na lewarku, bądź za pomocą przycisków na kierownicy, które nadają się do obsługi radia, ale z pewnością nie zmieniania biegów. Mimo wszystko gdybym ja miał kupić Korando to wybrał bym wersję z automatem. Dlaczego? Bo jego wady nie są większe od wygody jaką daje, a że mogłaby  być lepsza? Ok, mogłaby ale wtedy całe auto kosztowałoby o wiele więcej.

Ssangyong Korando fot. Marta Witkowska

Do kosztów jednak jeszcze dojdziemy, czas powiedzieć parę słów o prowadzeniu. Chociaż w zasadzie nie ma się tutaj za bardzo nad czym rozwodzić. Auto jeździ stabilnie, skręca tam gdzie mu nakażemy, nie boi się wertepów ani wysokich krawężników. W poruszaniu się w ruchu pomaga oczywiście wysoka pozycja za kierownicą, natomiast czuć, że nie jest to auto stworzone z myślą o szybszej jeździe po zakrętach. W końcu nikt tego od niego nie wymaga, a za swoich założeń konstrukcyjnych wywiązuje się nad wyraz poprawnie, toteż właściwości jezdne mogę z czystym sumieniem zaliczyć na plus.

Ssangyong Korando fot. Marta Witkowska

Z całego testu wyłania się więc obraz Korando, jako solidnego auta, znającego dobrze swoje miejsce na rynku i oczekiwania klientów wobec niego, wywiązując się z nich niczym prymus w koreańskiej podstawówce. Czuć co prawda ile czasu upłynęło już od premiery koreańskiego SUV’a, ale w końcu po każdym aucie byłoby czuć 7 lat stażu rynkowego. Ze wszystkimi swoimi zaletami i bolączkami Ssangyong ma jednak niezłego asa w rękawie, a mianowicie pieniądze. Cennik Korando zaczyna się już na poziomie 74 tysięcy, co w tym segmencie jest prawdziwą okazją, tym bardziej że dostajemy aż 5cio letnią gwarancję. Gdyby w naszym kraju sieć dealerska i serwisowa była bardziej rozbudowana to sądzę, że Hyundai mógłby zacząć czuć oddech swojego azjatyckiego pobratymca na plecach. Jaka będzie dalsza historia „Bliźniaczych smoków” nie wiem, ale jeśli nie skręcą w kierunku paskudnych karoserii, za to bardziej w stronę stonowanego designu i solidnej mechaniki mogą na rynku całkiem sporo namieszać. Tym bardziej, że są już na naprawdę dobrej drodze, co pokazuje nasze testowe Korando. Ja za nich trzymam kciuki, a Wam mówię do zobaczenia już wkrótce… Salut!

8 KOMENTARZE

  1. Od dawna czekałem na test benzyny w automacie.Mam zamiar taki kupić i obawiałem się jedynie współpracy silnika ze skrzynią.Szkoda,że nie było o płynności zmiany przełożeń i głośności na autostradzie bo pewnie obroty są wysokie.

  2. Tomaszu! Ekipa test.auto.pl służy pomocą! Co do płynności zmiany przełożeń, to można ją spokojnie określić jako komfortowa, zjawisko szarpania, czy chwilowej utraty mocy przy zmianie przełożeń praktycznie nie występuje. Nieco gorzej jest przy gazie wciśniętym do deski, wtedy skrzynia kręci silnik do nieco zbyt wysokich obrotów i zmiany przełożeń są już bardziej wyczuwalne. Natomiast przy normalnej codziennej jeździe nie będzie z tym żadnych problemów. Co do wyciszenia, to jak na tą klasę auta jest na zaskakująco wysokim poziomie. Do 120km/h można spokojnie rozmawiać bez podnoszenia głosu i jest tak właściwie do 140, powyżej samochód wyraźnie zaczyna się męczyć, a poziom hałasu rośnie, ale pozostaje na akceptowalnym (przynajmniej dla mnie) poziomie. Mam nadzieję, że rozwiałem Twoje wątpliwości. Szerokiej drogi!

  3. Tak,dziękuję bardzo! Zastanawia mnie jeszcze jakie oznaczenie ma skrzynia biegów Aishin,gdyż nie każdy model ma dobrą opinię mechaników.

  4. Witam! Interesuje mnie współpraca silnika i skrzyni biegów,osiągi czy zadowalające i zużycie paliwa? Jakie zauważyłeś wady czy niedoskonałości.Czy radio gra przyzwoicie? Pozdrawiam!

  5. Ja mam Korando 2015 diesla 2.0 z ręczną skrzynią biegów i napędem na 4 koła. Z tyłu nie ma żadnego tunelu.
    Dla kupujących. Proszę zastanowić się nad wyborem kół o większej niż standardowe średnicy.

      • Te najmniejsze – 16 latem rozgrzewają się i do tego czasu są wibracje na kołach. Za to jest komfort jazdy. Różnica na zimnych oponach i rozgrzanych, 3 – 4 PSI. A komputer wynik podaje i tak dopiero po przejechaniu pewnego odcinka.
        Myślę, że to skutek wysokiego profilu opony. Najbardziej jest to odczuwalne przy pierwszych kilku kilometrach jazdy w warunkach upału.
        Zimą tego nie czuć.
        Najlepiej chyba wybrać 17-ki.

Leave a Reply