Chociaż jestem osobą proekologiczną to nie uważam, że samochody z silnikami spalinowymi są największym złem jakie spotkało ludzkość. Mało tego, jako entuzjasta silników spalinowych i przede wszystkim motoryzacji, uważam, że droga do całkowitej elektryfikacji samochodów to totalne nieporozumienie, które zabije duszę motoryzacji. Prąd też musi się skądś przecież wziąć, akumulatory wyprodukować, a pod koniec życia samochodu zutylizować. Niestety, żyjemy w czasach, w których postęp biegnie nieubłaganie. Za granicą w niektórych miastach mamy strefy czystego transportu, w których podróżowanie zwykłym autem spalinowym jest albo zabronione albo wymaga horrendalnie dużych opłat.

To samo zbliża się do Polski. Silniki elektryczne są tutaj górą. I to niekoniecznie muszą być te auta wyłącznie na wtyczkę. Z ulg takich jak darmowy wjazd do miasta czy darmowe parkingi korzystają również auta hybrydowe w zależności od ilości wydzielanego CO2 do atmosfery. I tu pojawia się pytanie. Dlaczego benzynowa Skoda Citigo nie może wjechać bez opłat do centrum miasta, a hybrydowe Volvo XC60 o mocy 407 KM już tak? Odpowiedź jest bardzo prosta. Posiada silnik elektryczny, dzięki któremu możemy jeździć wyłącznie na prądzie. Przynajmniej w teorii.

Kiedy Chińczycy przejmowali Volvo wydawać się mogło, że to koniec szwedzkiego ducha drzemiącego w marce. Przecież Chińczycy robią samą tandetę, a wszystko co chińskie jest niskiej jakości. Pierwszym modelem ze Skandynawii, który został w pełni zaprojektowany po przejęciu przez firmę Geely było obecne XC90. Gdy po raz pierwszy ujrzałem ten model, zakochałem się. Nieco nudna już, tradycyjna era reprezentowana przez Volvo dobiegła końca. Rozpoczął się okres, kiedy stworzyli auto przyszłości. Auto stylowe i nowoczesne. Po kilku modelach przyszła kolej na XC60. Chociaż koncepcja zbytnio nie odbiega od modelu XC90 (co mnie bardzo cieszy) ma w sobie coś co go wyróżnia. A to co przyciąga uwagę chyba każdego to długa, wysoko umieszczona maska i ogromny grill, który dzięki pakietowi R Design wygląda naprawdę drapieżnie. Tył chociaż zachowuje koncepcję Volvo, nie jest przysadzisty. Jest lekki i nieco zadziorny.

Wszystkie modele Volvo począwszy od wspomnianego XC90 oferują wnętrze będące kwintesencją minimalizmu i skandynawskiej surowości. Nie inaczej jest tutaj. Niemal wszystkie funkcje, które można było upchnąć, wrzucono do jednego, 9 calowego wyświetlacza. Mamy kilka przycisków np od sterowania głośności, czy świateł awaryjnych. Cały panel klimatyzacji został już jednak zintegrowany z cyfrowym systemem. Może nie jest aż tak intuicyjnie jak w klasycznych rozwiązaniach, ale gdy dojdziemy już co do czego służy, nie będzie większego problemu z obsługą. Jakość wyświetlacza jest genialna – wysoka rozdzielczość i ekran, któremu niestraszne są refleksy słoneczne. Nawigacja działa po prostu bardzo poprawnie, a jeśli wolimy skorzystać z telefonu, proszę bardzo. System jest zintegrowany w taki sposób, że Android Auto czy Apple Car Play będzie działać w tle całego menu.

Wnętrze zostało dopieszczone z niezwykłą starannością. Mięciutka skóra została połączona ze wstawkami z prawdziwego aluminium. Aluminiowe są również osłony rewelacyjnego nagłośnienia Bowers&Wilkins składającego się z 19 głośników. I chociaż taki dodatek kosztuje tyle co połowa nowej Dacii Sandero, to dźwięk jaki z siebie wydaje jest tego wart. Niemal perfekcyjnie zaprojektowane wnętrze nie ustrzegło się jednak kilku mankamentów. Aluminiowy, rozsuwany schowek na tunelu środkowym potrafił się zacinać, a dolna część tunelu środkowego nie była do końca idealnie spasowana.

Szwedzi postanowili że wszystkie silniki, które znajdą się pod maską ich samochodów, będą dwulitrowe. Więc jak to się stało, że udało się uzyskać 407 KM mocy? Szwedzi wrzucili pod maskę wszystko co mieli pod ręką. I tak z silnikiem benzynowym współpracuje turbosprężarka, kompresor, a na dokładkę silnik elektryczny napędzający tylną oś. Czy to nie za dużo? Jak się okazuje nie. Ponad dwutonowy SUV jest w stanie rozpędzić się do setki w zaledwie 5,6 sekundy. To mniej niż niektóre sportowe samochody. A co w tym wszystkim najciekawsze, pomimo tak dużej mocy, wagi i masywnej bryły samochodu, praktycznie nie słyszymy dźwięków dochodzących z otoczenia. Jest też niezwykle komfortowo. Zawieszenie jest tak dopracowane, aby nie czuć żadnego wyboju na drodze, a przy okazji doskonale składa się w zakrętach. Jest tak cicho i wygodnie, że nie poczujemy kiedy wskazówka prędkościomierza spowoduje zagrożenie dla naszego prawa jazdy. To auto po prostu płynie.

Zobacz również:   [TEST] Fiat 500X POP STAR 1.4 MultiAir 140 KM MT

Jedynym co hamuje przed wciskaniem pedału gazu jest dość spory apetyt na paliwo. Gdy będziemy delikatni, XC60 T8 odwdzięczy się zużyciem paliwa w okolicach 8 litrów na trasie. Gdy będziemy mniej ostrożni, zużycie paliwa może wzrosnąć do 15 litrów. W mieście jest trochę lepiej, ze względu na odnawianie energii silnika elektrycznego. A ten przy rozważnej jeździe pomoże nam w warunkach miejskich na uzyskanie średnio 11 litrów na setkę. Ponadto, na samym silniku elektrycznym można przejechać około 20 km. Ale jeśli spojrzymy na to pod kątem osoby, dla której spalanie nie ma takiego znaczenia to i tak mam jeszcze jedną mało ciekawą wiadomość. Wszystkie warianty silnikowe mają zbiornik paliwa o pojemności 70 litrów. Oprócz tej jednej, hybrydowej. Tutaj został zmniejszony do zaledwie 50 litrów, co daje nam średni zasięg 500 km przy dość spokojnym użytkowaniu.

Jeśli zdołacie to przełknąć, to pozostaje jeszcze przypomnieć o cenie. Za zaprezentowane hybrydowe XC60 zapłacimy blisko 300 tysięcy złotych. Jeśli jesteś w stanie wyłożyć taką kwotę, nie pożałujesz. Czuć jakość premium na każdym kroku. A jeśli rozmawiamy już o Volvo, wspomnę jeszcze, że mają świetny aktywny tempomat. Może na trasie nie pozwoli nam na zbyt długie oderwanie rąk od kierownicy. W korku jednak przy niskich prędkościach nie musimy ich trzymać na kierownicy. Auto samo dotrze do świateł. Samo przyspieszy, samo zahamuje. Samo też poprawi się na pasie. My jedynie musimy kontrolować, kiedy korek się kończy.

Nie jestem fanem silników elektrycznych. Nic nie zastąpi zapachu benzyny, przyjemnego dla ucha dźwięku z wydechu i szybkości tankowania na stacji. Pamiętam kiedy musiałem ładować miejskiego elektryka w zimie. Spędziłem 3 godziny na mrozie przed zamkniętą galerią handlową, czekając na naładowanie baterii. Hybryda typu Plug In taka jak prezentowane Volvo XC60 jest zdecydowanie lepszym rozwiązaniem. Jeśli mamy blisko do pracy ładujemy auto za darmo i Voilà. Dodatkowo będziemy mieć ulgi przy parkowaniu i inne korzyści. A gdy nikt nie będzie patrzył, wykorzystamy pełną moc 407 KM bez obaw, że czeka nas 3 godzinny pobyt na stacji ładowania.

Dodaj komentarz