Ani, się obejrzałem, a już mamy drugą połowę lipca, co oznacza że już ¼ wakacji za nami. Niesamowite tym bardziej, że przysiągłbym iż dosłownie parę tygodni temu trząsłem się z zimna spacerując po Warszawie. Dziwne jak czas przyspiesza z wiekiem, kiedyś wakacje to był tak długi okres, że we wrześniu już nawet nie pamiętałem jak się wstaje do szkoły. Swoją drogą, dziś co poniedziałek nie wiem jak to możliwe wstać o 6tej do pracy. A propos względności czasu, to ostatnio czytałem o badaniach amerykańskich naukowców (a jakżeby inaczej), którzy wykazali, że 70cio latkowi czas płynie o 1/3 szybciej niż 4 latkowi. Ciekawe jak to obliczyli co? Chociaż coś w tym może być.

Wróćmy jednak do tematu wakacji. Każdy prawdziwy Polak, patriota i katolik (;)) przynajmniej raz w swoim życiu wybrał się na wakacje nad Bałtyk lub w Polskie Tatry samochodem, na tak zwane wczasy. Z pewnością pamiętacie z dzieciństwa to wyczekiwanie, podniecenie przy pakowaniu swoich rzeczy (głównie artykułów pierwszej potrzeby, czyli różnorakich zabawek) i wreszcie pobudkę w dniu wyjazdu kiedy mimo wczesnej pory aż chciało się wstawać. Później podróż przez pół, a w przypadku niektórych możliwe, że cały kraj, która ciągnęła się dosłownie w nieskończoność. Po czterech drzemkach, dwunastu postojach na jedzenie i siku, kilku niezręcznych pytaniach do rodziców pod tytułem: „A czemu ta Pani stoi przy drodze?” w końcu docieraliśmy na miejsce i zaczynaliśmy upragnione „wczasy”. Tak to wyglądało kiedyś, a przynajmniej tak zapisało się w mojej pamięci.

Nie wiem czy cała podróż wydawała się taka długa, przez wspomnianą wyżej względność czasu, czy też przez o wiele wolniejsze wówczas samochody (a mówię moi drodzy o czasach z przed ponad dwóch dekad!), a może przez  40.000 razy słabszą sieć drogową w naszym pięknym kraju. Myślę, że wszystkie te czynniki nakładały się na siebie, przez co podróż nad morze to była wyprawa na koniec świata. Dziś sytuacja jest znacznie inna. Samochody są znacznie szybsze i bezpieczniejsze, mają klimę i masę innych udogodnień, które umilają nam podróż. Drogi w Polsce, na które wiele osób wciąż mocno narzeka ( za pewne z przyzwyczajenia), są dziś o niebo lepsze i nie odbiegają wcale tak daleko od standardów europejskich. Mimo tych wszystkich usprawnień i całego postępu technicznego ostatnich dwudziestu paru lat, droga z Warszawy (lub jej okolic) nad Bałtyk potrafi się rozciągnąć do siedmiu godzin i więcej.

Co poszło nie tak? Dlaczego mimo, autostrady do samego Gdańska nie jesteśmy w stanie dotrzeć tam poniżej 4 godzin?! Czyżby cała Polska w trakcie wakacyjnych urlopów zapominała jak poruszać się pojazdem z silnikiem spalinowym? A może to spisek iluminatów? Domniemane powody moglibyśmy mnożyć w nieskończoność. Ja natomiast zuchwale powiem, że chyba znam powód. Według mnie jest on prozaiczny i nazywa się korki. Korki w swojej najgorszej formie, o wiele bardziej paskudne niż te, z którymi na co dzień spotykamy się w drodze do lub z pracy. Korki, które potrafią zmienić grzeczne dzieci w najgorsze bachory, kochające się pary w małżeństwa na skraju rozwodu, spokojnych ludzi w rządnych krwi furiatów, a podejrzewam, że nawet siostry zakonne w czcicielki szatana.

Zobacz również:   Z pamiętnika testera #7: Zmiana wizerunku instant.

Ich przyczyną jest bez wątpienia kilkukrotny wzrost ilości posiadanych przez Polaków samochodów, z którym nie jest sobie w stanie poradzić nawet ulepszona infrastruktura. Mam też wrażenie, że równie pokaźnego wzrostu dokonała grupa tak zwanych niedzielnych kierowców. Ja wciąż obstaję przy teorii, według której to właśnie kierowcy tworzą korki, więc idealnie pasuje tu stwierdzenie, że to ludzie ludziom zgotowali ten los. Może i część z was oburzy się na to porównanie, ale no cóż trudno.

Pokemon Go w trasie

Najgorszą rzeczą w wakacyjnych korkach jest to, że jesteśmy na nie zupełnie nieprzygotowani psychicznie. Oczywiście są takie, których można się spodziewać, na przykład na wylotówkach z wielkich miast w piątek o 16tej. Chociaż te też są dla mnie lekko dziwne. Rozumiem, że każdy chce wyjechać choćby na weekend, ale skąd nagle bierze się tyle samochodów w jednym miejscu jeśli w ciągu tygodnia roboczego jest ich wyraźnie mniej niż w „roku szkolnym”? To już musi być jakiś spisek, nie wiem tylko czy elit rządzących, czy istot pozaziemskich. Wracając jednak do tych nieoczekiwanych zatorów, to te mogą pojawić się dosłownie wszędzie. Droga prowadząca przez obrzeża wsi, przy której ktoś postawił fotoradar (swoją drogą niedziałający)? Korek ma 3 kilometry i stoi jakby na końcu była ślepa uliczka. Trzypasmowa autostrada z dużym poboczem na którym stoi ugotowane piętnastoletnie Clio? Korek ma 10 kilometrów, a ludzie wychodzą na dachy swoich aut i próbują wezwać pomoc od załogi helikoptera/Boga/ latającego potwora spaghetti (niepotrzebne skreślić). Często dojeżdżamy do końca takiego korka i zauważamy że nie dzieje się tam zupełnie nic, tak jakby stała tam magiczna ściana przepuszczająca tylko minimalną ilość samochodów i powodująca tym samym efekt wąskiego gardła.

Tak czy owak, nie widzę możliwości na zmianę takiej sytuacji i pobycie się tego zjawiska. Jedyne co nam zostaje to nauczenie się radzenia sobie z przymusowymi przestojami i dopadającą nas nudą. W tym celu możemy, albo zabrać ze sobą paczkę świetnych ludzi, z którymi zawsze będzie zabawnie i czas szybko zleci lub możemy nauczyć się medytacji i na koniec podróży wyjedziemy z auta jako mistrzowie ZEN. Wchodzi w grę też opcja, która w ostatnich dniach zyskała niewyobrażalną popularność, czyli możemy zainstalować Pokemon Go i łapać kolorowe stworki pojawiające się przy drodze. A wy jakie macie sposoby na radzenie sobie z wakacyjnymi korkami? Podzielcie się nimi w komentarzach. Ja wam życzę, szerokich, przejezdnych dróg oraz świetnej pogody przez cały urlop. Do usłyszenia w kolejnym odcinku. Cześć!

Dodaj komentarz