Ostatnie kilka tygodni spędziłem za kierownicą dużych, wygodnych aut z rozleniwiającymi kierowcę skrzyniami automatycznymi. Nie muszę więc chyba dodawać, że kiedy miałem się przesiąść na tydzień w malutkiego Hyundaia, ze skrzynią manualną nie byłem w najlepszym humorze. Sytuacji nie poprawiło też to, co usłyszałem w centrali koreańskiej marki na temat i20 Active, czyli że niektórzy go kochają, a inni nienawidzą. Jeszcze zanim zobaczyłem moją testówkę z góry przydzieliłem się do tej drugiej grupy. Mały Hyundai był ukryty w najdalszym i najciemniejszym zakątku podziemnego parkingu pod jednym z wieżowców na warszawskim mordorze. Zupełnie jakby ktoś chciał go schować przed całym światem. To tylko spotęgowało moje wrażenie, że nie może być dobrze. A jak było finalnie? Przeczytajcie nasz test Hyundaia i20 w wersji Active i sami sprawdźcie!

Hyundai i20 Active fot. Marta Witkowska

Kiedy test małego Koreańczyka zbliżał się wielkimi krokami zacząłem się zastanawiać, dla kogo jest ten samochód, po co w ogóle go zrobiono i czy ma jakąkolwiek konkurencję. Nie chodziło mi o to że jest tak dobry, że jest bezkonkurencyjny, raczej uważałem, że jest tragicznie słabą próbą skoku na modny segment crossoverów, ale nie widziałem praktycznie żadnego auta, które mogłoby być wrzucone do tego samego worka. Aż w końcu przyszło mi coś do głowy, mianowicie dwa auta: VW CrossPolo oraz Peugot 2008. I to one miały mi posłużyć jako punkt oparcia przy masakrowaniu plastikowego suvocrossovera z dalekiego wschodu. Trochę to słaba konkurencja, bo oba te auta uważam raczej za pomyłkę, ale przynajmniej marki, które je stworzyły to przecież poważane w oczach milionów kierowców firmy z tradycjami, znające się na budowaniu aut. Cały misterny plan szybko się posypał, a zaczęło się to tak.

Hyundai i20 Active fot. Marta Witkowska

Pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz. Durny truizm, ale niestety prawdziwy. O tym, czy kogoś polubimy, pokochamy, albo wręcz przeciwnie znienawidzimy zwykle decyduje kilka pierwszych sekund spotkania. Później tylko utwierdzamy się we własnych przekonaniach. Ja swoje przekonania przyniosłem ze sobą już na miejsce spotkania, więc byłem pewien, że nawet te pierwsze kilka sekund nic tu nie zmieni. A jednak, małe i20 stojące w tej najdalszej, najstraszniejszej części lochu w mordorze sprawiło wrażenie niezwykle przyjaznego, ale lekko zagubionego stworzenia. Do tego miał w sobie coś co przyciągało oko. Nie wiem czy to zasługa świetnego lakieru (Morning Blue), czy może aluminiowych felg o ciekawym wzorze i skandalicznie niskim profilu opon (opcja), a może to cała fura designerskich dodatków i detali. Nie wiem, możliwe, że wszystko na raz. Tak czy owak, poczułem ogromną chęć, a właściwie potrzebę, zabrania tego małego bezbronnego autka ze strasznej i ciemnej piwnicy, na bezpieczne światło dzienne. Szybko pożegnałem się z miłą Panią z przedstawicielstwa marki, wsiadłem za kierownicę i w drogę.

Hyundai i20 Active fot. Marta Witkowska

Do jazdy nie musiałem się przygotowywać zbyt długo, bo kto kiedykolwiek siedział w Hyundaiu, momentalnie poczuje się jak u siebie w domu.  A ten, który siedział kiedykolwiek w samochodzie, poczuje się jak w domu u dobrego znajomego, wiadomo gdzie, co jest, a jak nie wiadomo to za chwile się znajdzie. Dużo przestrzeni, kontynuacja dobrze trafionej kolorystyki widocznej już na zewnątrz, optymalna ilość przycisków na desce i przyjemna prostota. Przyjemna, bo nie czujemy się, ani przytłoczeni miliardem niepotrzebnych dodatków, ani też nie mamy wrażenia zamknięcia w aucie sprzed 20 lat, gdzie jedyną rozrywką były dziury w desce, szumnie określane mianem wlotów powietrza. Zanim jednak mogłem dłuższą chwilę pokontemplować wnętrze, zatrzymałem się niecały kilometr dalej aby odebrać, wybrankę mego serca z pracy. Oznaczało to bez mała 20 minut postoju, które wykorzystałem na rozprostowanie kości i przyjrzeniu się i-dwudziestce z zewnątrz, tym razem już nieco bardziej wnikliwie i w asyście naturalnego światła, a nie wypaczających rzeczywistość jarzeniówek na podziemnym parkingu.

Hyundai i20 Active fot. Marta Witkowska

Obawiałem się w dalszym ciągu rozczarowania i sądziłem, że to całkiem niezłe pierwsze wrażenie było spowodowane słabym oświetleniem i pośpiechem w opuszczaniu garażu. Moje obawy okazały się jednak zupełnie bezpodstawne, w świetle dziennym mały Koreańczyk wyglądał jeszcze lepiej. Teraz się powtórzę, ale lakier mojej testówki zdecydowanie na to zasługuje. Z jednej strony, wpada w oko i podobał się bez wyjątku każdemu, kogo o niego zapytałem. Z drugiej jednak nie jest jakimś kolejnym zwariowanym kolorem, za pomocą którego producent próbuje odciągnąć uwagę od kiepsko zaprojektowanego nadwozia. Jest po prostu dobrany perfekcyjnie, ciekawy, głęboki, ale nie festyniarsko pstrokaty. Nie powoduje wrażenia, że obcujemy z zabawką dla zniewieściałych chłopców, a pełnoprawnym samochodem z krwi i kości, a raczej z blachy i benzyny.

Hyundai i20 Active fot. Marta Witkowska

Ogarniając wzrokiem całe auto, jeszcze zanim skupimy się na detalach, można odnieść dziwne wrażenie, że i20 w wersji Active jest w jakiś sposób podobna do rajdowej wersji WRC. Chociaż teoretycznie jeśli zaczniemy analizować rajdówkę do cywilnych odmian i20 to okaże się jednak, że to wersja bez „Active” w nazwie jest bardziej zbliżona do swojego szybkiego brata. To dało mi do myślenia, bo wciąż nie mogłem się pozbyć tego wrażenia podobieństwa do aut WRC. Chyba udało mi się dojść do pewnych wniosków. Po pierwsze przedni zderzak, kompletnie przemodelowany w stosunku do klasycznego i20. Trapezoidalny wlot powietrza jest tutaj zwrócony dłuższą podstawą do dołu, co optycznie obniża i poszerza auto ku dołowi. Na nim znajduje się atrapa orurowania, która akurat dla mnie jest kompletnie zbędnym detalem, ale trzeba przyznać,  że kontynuuje optyczne poszerzanie auta. Wreszcie na samych krawędziach znajdują się spore halogeny, wprost rodem z WRCów z wczesnych lat 00.

Hyundai i20 Active fot. Marta Witkowska

Kiedy spojrzymy na auto z boku, tych nawiązań do klimatu rajdowego jest już znacząco mniej, jednak nie można odmówić, konsekwentnego budowania wizerunku auta poważniejszego niż jest w rzeczywistości. Plastikowe nakładki na nadkola i progi, optycznie poszerzają auto i dodają mu animuszu. Dachowe, aluminiowe relingi przyprawiają szczyptą powagi małej i20, podświadomie zaszczepiając w nas poczucie, że mamy do czynienia z  dorosłym autem, a nie malutkim miejskim hatchbackiem. Jak już jesteśmy przy rzucie bocznym to warto zwrócić uwagę na jeszcze dwa elementy. Po pierwsze koła, nie za duże, dzięki czemu nie wyglądają groteskowo, a przy tym nie za małe i nie sprawiają wrażenia kółek od wózka sklepowego. Ciekawie zaprojektowane felgi i opony o niskim profilu (jak na polską zimę nawet niedorzecznie niskim, zwłaszcza w tak małym aucie) i nie potrzeba nic więcej do dobrej prezencji. Druga rzecz, to już w zasadzie jedynie mały detal i za pewne sporej części się nie spodoba i zostanie skrytykowany jako wieś-tuning. Chodzi o klapkę wlewu paliwa, imituje ona metal znany z samochodów wyścigowych. Oczywiście jest zrobiona z plastiku i nie jest jakiś szczególnie wyrafinowanym smaczkiem, dla prawdziwych ZNAFCUF samochodów, ale w tym aucie komponuje się znakomicie i przypomina potencjalnemu obserwatorowi, że ma do czynienia z małym urwisem.

Hyundai i20 Active fot. Marta Witkowska

Tył małego Hyundaia, to niemal odbicie lustrzane przodu auta. Tutaj też mamy dwa okrągłe światła na skrajnych krawędziach tylnego zderzaka. Mamy podobny trapezoidalny kształt, przypominający wlot z przedniego zderzaka, a całość wieńczy antracytowy dyfuzor, będący oczywistym nawiązaniem to fałszywego orurowania znanego z drugiej strony. Nad wszystkim góruje, średniej wielkości lotka dachowa, dodająca sportowego sznytu tyłowi auta. Koniec jednak tego łażenia dookoła samochodu, zrobiło się zimno, więc wskoczyłem do środka.

Hyundai i20 Active fot. Marta Witkowska

We wnętrzu, jak już wspomniałem wcześniej od razu rzuca się w oczy kontynuacja kolorystyki znanej już z zewnątrz. Jednak kolejną rzeczą jaką zauważamy, jest spory kontrast między tym co widzimy stojąc przed samochodem, a tym na co patrzymy siedząc już w środku. W przeciwieństwie do karoserii we wnętrzu króluje stonowany styl, dorosłego i poważnego auta. Można wręcz odnieść wrażenie pewnej volskwagenowości wnętrza, ale w tym pozytywnym znaczeniu tego słowa. Praktycznie każdy z podróżujących dysponuje sporą ilością miejsca, a także dobrą widocznością, podwyższającą znacznie komfort podróżowania. Takie  wrażenie w tak małym aucie, to prawdziwa zaleta, niestety bardzo rzadko spotykana. Myślałem, że będę się czuł jak ogórek kiszony zamknięty w weku, a tymczasem doznania okazały się porównywalne do sporo większego rodzinnego hatchbacka. Coś czego wcześniej trochę mi brakowało we wnętrzach aut spod znaku litery H, to poczucie solidności samochodu, którym jadę. W i20 Active ten problem zupełnie nie występuje, od razu widać, że projektanci przyłożyli wagę do tego elementu, może trochę kosztem upchnięcia technologicznych nowinek i wodotrysków, ale według mnie wyszło to zdecydowanie na plus.

Hyundai i20 Active fot. Marta Witkowska

Mam wrażenie, że i20Active to auto dla młodego i aktywnego człowieka i to aktywnego w świecie realnym, a nie komputerowo-internetowym. A dla takich ludzi, bardziej od kolorowych wyświetlaczy i bezsensownych opcji zmiany koloru podświetlenia kabiny liczy się ergonomia, solidność i przyjemność z jazdy. Tej ostatniej w małym koreańczyku możecie zaznać o wiele, wiele, wiele więcej niż się spodziewacie, ale o tym za chwilę. Pozostają w temacie wnętrza, warto dodać parę słów o bardzo wygodnych przednich fotelach, z zaskakująco dobrym trzymaniem bocznym (chociaż ich wygląd niebardzo na to wskazuje). Co się tyczy tylnej kanapy, to tam już trzymania bocznego nie ma, ale nawet dorośli ludzie nie będą zbyt narzekać na brak miejsca, czy szuranie głową o sufit. Nie ma rewelacji, ale porażki również nie, jest po prostu poprawnie. Na koniec dywagacji o wnętrzu, już z samego dziennikarskiego obowiązku, powiem, że bagażnik jest. Da się do niego zapakować rzeczy. Wystarczy? Dla mnie tak, jak dla Was nie to zerknijcie na zdjęcia i oceńcie sami.

Zobacz również:   [TEST] Kia Soul XL 1,6 GDI
Hyundai i20 Active fot. Marta Witkowska

Wreszcie przyszedł czas na ostatnią część testu, czyli jazdę. A jazda i20 jest naprawdę wspaniałym doświadczeniem. Chociaż właściwie bardziej pasującym określeniem jest „może być”. Auto zdaje się posiadać 2 tryby jazdy (chociaż faktycznie nie ma żadnego wybierania trybów, toż to magia!). W pierwszym jest zwykłym miejskim małym hatchbackiem. Mały, łatwy do zaparkowania i przeciskania się po wąskich osiedlowych uliczkach. Kiedy będziecie traktować małego Hyundaia, tylko jako narzędzie do przewiezienia swojej osoby z punktu A do B, jedyne co może Wam lekko dać się we znaki to niskoprofilowe opony. Poproście więc dealera o zamontowanie innych kół z bardziej baloniastymi oponami, a potem najlepiej wykupcie kwaterę na cmentarzu, trumnę i buty z tekturową podeszwą, bo najwyraźniej przestaliście żyć wiele lat temu i jedynie wasz organizm podtrzymuje funkcje życiowe za sprawą dziwnej pomyłki.

Hyundai i20 Active fot. Marta Witkowska

Jak już mówiłem i 20 Active w mojej opinii jest autem, dla ludzi żyjących aktywnie i lubiących doświadczać nieco silniejszych bodźców. Ten mały wozik w odpowiednich rękach potrafi dostarczać ich nadspodziewanie dużo. Wzorowa pozycja za kierownicą, idealne rozłożenie wszystkich najpotrzebniejszych rzeczy. Kierownica, idealnie leżąca w dłoni, o dość grubym wieńcu, ale nie tak bezsensownie grubym jak na przykład w BMW M. Teraz powiecie, że zwariowałem, bo jak mam czelność stawiać kierownicę z koreańskiego samochodu dla ludu, wyżej niż cud niemieckiej inżynierii dla bogaczy? Czy ja mam rozum i godność człowieka? Nie wiem, ale wiem, że ta w Hyundaiu jest po prostu wygodniejsza i spasowana idealnie pod precyzyjne kierowanie, a nie nonszalanckie trzymanie na niej jednej ręki, kiedy drugą trzymamy na udzie siedzącej obok Dżesiki, czy innej Vanessy.

Hyundai i20 Active fot. Marta Witkowska

Druga rzecz, która zasługuje na swoje święto narodowe to skrzynia, której lewarek świetnie leży w dłoni, ale i tak blednie w porównaniu do fenomenalnego działania przekładni, krótkiego skoku drążka, bajecznej precyzji przełożeń. Dawno nie miałem okazji obcowania z tak dobrą skrzynią, pokazującą tym więcej zalet, im ostrzej jedziemy, inżynierowie Hyundaia wielkie brawa! Skrzynia jednak byłaby niczym, gdyby nie miała odpowiedniego kompana pod maską do współpracy. Tym razem nie mamy jednak powodów do obaw.

Hyundai i20 Active fot. Marta Witkowska

Silnik w naszej testówce miał pojemność jednego litra i został wyposażony w turbosprężarkę, co zaowocowało wynikiem 120 koni i 172 Nm. Na papierze nie wygląda to szczególnie obiecująco, ale wierzcie mi tylko na papierze, na ulicy sprawy mają się diametralnie inaczej. Mocy jest pod dostatkiem w każdej sytuacji, a przy tym auto jest wolne od tych nieprzyjemnych syndromów nadmiaru mocy. To też może Wam się wydawać dziwne i możecie stwierdzić, że nie ma czegoś takiego jak nadmiar mocy, a ja po prostu nie umiem jeździć męskimi samochodami. No cóż, powiem tylko, że nie macie racji i niejednokrotnie ilość koni pod maską jest kretyńskim przerostem formy nad treścią, zastosowanym aby dać upust emocji papierowym napinaczom 😉 Wracając do naszej testówki, nie sama moc jest tu tak ważna, chociaż zapewniam Was że nie będziecie potrzebować jej więcej, ale ważniejszy jest sposób jej oddawania. Równy, liniowy, praktycznie od samego dołu, aż do samego końca skali. Natychmiastowa reakcja na ruchy pedału gazu, w połączeniu z genialnie dobranymi długościami przełożeń, daje kierowcy całe oceany dobrej zabawy. Nawet kontrowersyjny dla wielu gang 3 cylindrowego silnika, tutaj jest atutem. Stwierdzenie, że Hyundai pracuje trochę jak stare chłodzone powietrzem silniki Porsche, jest oczywiście nieco na wyrost, ale nie da się odmówić jakiejś formy podobieństwa. Kiedy jedziemy dynamicznie jego dźwięk przyjemnie uzupełnia nasze doznania, a z drugiej strony na co dzień, przy normalnej jeździe nie daje się wcale we znaki. Jednym słowem harmonia i równowaga.

Hyundai i20 Active fot. Marta Witkowska

Samo prowadzenie, również za sprawą sporych felg i cienkiego paska gumy na nich jest niezwykle precyzyjne i intuicyjne. Cierpi na tym nieco komfort resorowania, ale jeżeli jesteście starymi zgredami, którzy nawet na kanapę w domu kładą dodatkowe poduszki to kupcie normalne i20 z dieslem i będziecie bardziej zadowoleni. Jeśli jednak jesteście młodzi i aktywni to nawet nie poczujecie braków w komforcie, bo wszystko przesłoni radość z jazdy, nawet takiej codziennej, zwykłej, zgodnej z przepisami. Kolejną dobrą wiadomością jest apetyt na paliwo. Jak przystało na małe auto z małym silnikiem Hyundai zachowuje wstrzemięźliwość i ciężko posądzić go o paliwoholizm. Kiedy obchodzimy się odważnie z pedałem gazu, to w mieście osiągniemy wynik na poziomie nawet 9,5 litra, ale będziecie musieli się nieźle postarać. Normalna jazda w mieście, w tempie takim jak reszta, albo nieco szybszym będzie nas kosztować już jedynie 5,6-5,8 litra. Podobne wartości uzyskamy w trasie, przy prędkościach między 80 a 120 km/h auto spali około 5,2-5,4 litra, nie będąc przy tym absolutnie zawalidrogą i wyprzedzając większość maruderów.

Hyundai i20 Active fot. Marta Witkowska

Przyszedł czas na podsumowanie spotkania z i20 Active. Wracam do słów, jedni go kochają, a inni nienawidzą. Mimo, że test rozpoczynałem z wizją szybkiego znienawidzenia tego małego hatchbacka, to kończę go z pytaniem, jak można go nie kochać? Jest sympatyczny z wyglądu, schludny i poukładany we wnętrzu. Daje sporo miejsca i całkiem niezły komfort, urzeka wzorową ergonomią. Później kompletnie olśniewa silnikiem, skrzynią i prowadzeniem, a na koniec jest niezbyt roszczeniowy na stacji benzynowej. Czy można chcieć czegoś więcej? W tej klasie chyba nie, a jeżeli tak to jesteś zblazowanym gburem. Dzięki mały Hyundaiu, przepraszam, za moje wcześniejsze zdanie na Twój temat, miło było Cię poznać i jedź w świat dawać ludziom radość! A z Wami spotkam się ponownie już w krótce. Cześć!

Leave a Reply